Misyjność jezuitów
Z Wikipedia misyjna
Rozmowa z Krzysztofem Dyrkiem SJ
Wpływ zakonu jezuitów na rozwój Europy i cywilizacji europejskiej w świecie jest nie do przecenienia. Zawdzięczamy to jezuickiej edukacji (mało kto dzisiaj wie, że nawet opera wzięła początek z przedstawień w szkołach jezuickich) i misjom. Proszę powiedzieć, dlaczego misje nie tracą na aktualności? Dlaczego Kościół, jeżeli chce zachować swoją tożsamość, musi podejmować ewangelizację po krańce świata?
Chrystus, odchodząc z tego świata, polecił Apostołom, aby szli na cały świat i głosili Dobrą Nowinę o zbawieniu człowieka. Kościół ze swej natury jest misyjny, czyli posłany. Nie może zachowywać dla siebie najważniejszej prawdy, że Bóg w Osobie swego Syna pochylił się nad światem, by go ocalić. Jezus Chrystus jest sercem wszechświata i Panem ludzkich dziejów. Bez Niego nic do końca nie zrozumiemy. Mówiąc o duchu misyjnym w zakonie jezuitów, warto wrócić do korzeni naszej duchowości i Ćwiczeń duchownych Ignacego Loyoli. Jest w Ćwiczeniach medytacja o wołaniu Chrystusa Króla. Jezuita, który odprawia miesięczne Ćwiczenia w nowicjacie i później pod koniec swojej długiej formacji, medytując nad wołaniem Chrystusa Króla, słyszy zaproszenie, żeby podbić dla Niego i z Nim cały świat. Żeby być posłanym i gotowym na wszystko, na trud i ofiary dla Chrystusowej Ewangelii. Jesteśmy do tego zapraszani podczas całej formacji. W szkole modlitwy ignacjańskiej pogłębiamy i umacniamy pragnienie służenia naszemu Panu, poważnego przyjęcia od Niego mandatu misyjnego. Również w naszych Konstytucjach czytamy na początku, że jezuita jest człowiekiem posłanym, nie ma stałego miejsca. Powinien pójść tam, gdzie zostanie skierowany przez przełożonych. Może także otrzymać szczególną misję od Ojca Świętego.
Ludzie współcześni często są skłonni "zaakceptować" Kościół, nawet chwalą jego dobroczynność, tylko - mówią - po co te misje?...
Nie można ograniczać posłannictwa Kościoła do zwykłego pomagania ludziom w życiu codziennym i wykonywania prac społecznych. Czynią to inni, równie dobrze i niekoniecznie związani z Kościołem. Kościół ma przede wszystkim odsłaniać prawdę o Bogu i o człowieku, o jego losie i ostatecznym przeznaczeniu. Czyniąc to najbardziej pomaga człowiekowi. "Po co te misje?" Bo Kościół jest powszechny, a nasza przynależność do niego nie może się zamykać w obrębie jednej parafii czy nawet jednego kraju. Nie może nam być obojętny los nikogo, nawet w najodleglejszym zakątku świata. Oczywiście, Kościół zwraca się do żywego człowieka, znajdującego się w konkretnej sytuacji, potrzebującego wielorakiej pomocy i stara się temu zaradzić. Chrystus głosił królestwo Boże słowem i czynem - nauczał, ale również uzdrawiał, wypędzał złe duchy, karmił głodnych. Św. Ignacy uczy w swojej szkole, że jest ważne, abyśmy to, co robimy, robili z czystą intencją, a więc ze względu na Chrystusa. Miłość do człowieka jest prawdziwa tylko wtedy, gdy wypływa z chęci dzielenia się z drugim człowiekiem tym, co jest dla mnie ważne.
Przeciętny człowiek zetknął się z misjami jezuickimi jedynie w filmie Misja. Jaki jest wkład jezuitów w historię misji światowych? Film ukazuje konflikt, który sprowadza się do pytania: Jak głosić Chrystusa?
Pierwszym misjonarzem-jezuitą był św. Franciszek Ksawery. Św. Ignacy posłał go do Indii na początku marca 1540 roku jeszcze przed oficjalnym zatwierdzeniem Towarzystwa Jezusowego, co nastąpiło we wrześniu. Od początku istnienia zakonu jezuici byli posyłani tam, dokąd szli kolonizatorzy, gdzie dokonywano odkryć geograficznych - do Indii, Azji, Chin i Japonii, ale także do Ameryki Południowej. Film Misja porusza problem, który istniał także dawniej, ale pojawił się na nowo w Kościele lat 70.-80. XX wieku w postaci teologii wyzwolenia, czyli walki o sprawiedliwość. Po Soborze Watykańskim II przypomniano nam to, co już od początku było zawarte w naszych dokumentach, że mamy głosić wiarę i nieść sprawiedliwość. Film szukał odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób walczyć o sprawiedliwość. Pojawiały się tendencje, żeby walczyć tylko o sprawiedliwość, zapominając o wierze, bo krytyka mówiła: Po co ewangelizować? Dajmy ludziom dobrze żyć...
Jednak wiara jest pierwsza.
Sprawiedliwość wypływa z wiary. Nie możemy być społecznikami, nie głosząc Jezusa Chrystusa, bo to jest zdrada Jego posłannictwa. W filmie ukazano dylemat, czy walczyć o sprawiedliwość w sposób pacyfistyczny, czy chwytając za broń. Odpowiedź brzmi: walczyć należy metodami ewangelicznymi - dobrocią, miłością, nieraz - po ludzku - przegrywając. Obumierając, by przynosić owoce.
Zatem interwencje zbrojne w tzw. celach pokojowych nie niosą pokoju, lecz wojnę.
Zgodnie z wypowiedziami Ojca Świętego Jana Pawła II realizują cele polityczne i ekonomiczne dalekie od pokojowych. Oczywiście, pojawiają się sytuacje, kiedy trzeba powstrzymać siłą agresora.
Film także opowiada prawdę o jezuickich redukcjach paragwajskich.
Redukcje są przykładem tworzenia chrześcijańskich wspólnot, gdzie ewangelizowano, troszczono się o wychowanie, zakładano szkoły, tworzono warsztaty pracy, uczono ludzi uprawiać ziemię itd. Oczywiście pojawiły się problemy polityczne, zazdrość i walki Hiszpanów z Portugalczykami...
Rywalizacja kolonizatorów i jak zawsze w historii próby manipulowania Kościołem.
Czyli walka o wpływy. Jezuici, którzy nie podporządkowali się oczekiwaniom kolonizatorów i nie pozwolili sobą manipulować, ponieśli tego konsekwencje - zlikwidowano redukcje. Podobnie późniejsza kasata zakonu była wynikiem jego działania na rzecz sprawiedliwości.
Jakie wybitne postaci jezuitów w dziejach misji mógłby Ojciec przypomnieć?
Jest ich cała plejada. Wymienię tylko niektórych: Matteo Ricci - misjonarz Chin, o. Johann Adam Schall von Bell, również zaangażowany w Chinach; św. Jan de Brito i bł. Rudolf Aquaviva, pracujący w Indiach; bł. Józef de Anchieta, apostoł Brazylii; święci męczennicy z redukcji paragwajskich: Roch González, Alfons Rodríguez i Jan del Castillo, kanonizowani przez Jana Pawła II w 1988 r.; św. Piotr Klawer, sługa murzyńskich niewolników w Kolumbii; św. Jan de Brébeuf i św. Izaak Jogues, misjonarze Huronów i Irokezów na terytorium dzisiejszej Kanady i USA. Ci ludzie wytyczali kierunek. Inni, którzy za nimi szli, naśladowali ich działalność.
Dawna Polska również miała wielce zasłużonych jezuitów-misjonarzy?
Dawniej jezuici polscy byli skoncentrowani na misjach w krajach sąsiednich, głównie prawosławnych, w Rosji, na Ukrainie, Białorusi, w Rumunii, na Litwie i Łotwie.
Były to także tereny Drugiej Rzeczypospolitej.
Ale i dalsze, jak Moskwa i Petersburg. Jezuici w dawnych czasach udawali się także do dalekich krajów misyjnych. Choćby o. Wojciech Męciński, który był posłany do Azji - przez Indie, Wietnam, Kambodżę dotarł do Japonii, gdzie poniósł męczeńską śmierć. Był o. Michał Boym, który pracował na dworze dynastii Ming, o. Maksymilian Ryłło działający w Grecji i na Bliskim Wschodzie, w Egipcie i w Bejrucie, gdzie stał u początku prowadzonego do dziś przez jezuitów Uniwersytetu św. Józefa. O. Ryłłę wspomina w jednym ze swoich listów Słowacki, który go spotkał w Bejrucie. Jeszcze bardziej znaczącą postacią był bł. o. Jan Beyzym, beatyfikowany trzy lata temu przez Jana Pawła II, opiekun trędowatych, założyciel szpitala dla trędowatych w Maranie na Madagaskarze, gdzie pracował, trudził się, szukał funduszy, walczył o sprawiedliwość i umarł wśród najbiedniejszych.
Wchodzimy w Kościele w Rok Ksaweriański. Czy do dziś w zakonie jezuitów zostało coś z ducha Franciszka Ksawerego?
Jeszcze po drugiej wojnie światowej wiele prowincji europejskich ogarnął duch misyjny. Wysyłały misjonarzy do różnych krajów, przede wszystkim Ameryki Łacińskiej (głównie Hiszpanie), ale także Afryki i Azji - do Indii, Indonezji czy Japonii. Były prowincje, które połowę swoich księży miały na misjach, gdzie zakładali oni szkoły, formowali chrześcijan w wierze. W ostatnich latach widzimy jednak, że kraje misyjne stają się coraz bardziej samowystarczalne. Mają dużo powołań i tworzą samodzielne struktury kościelne, w tym jezuickie. Takie kraje, np. Indie, już nie potrzebują misjonarzy. Ci, którzy tam byli, wracają do Europy, często już spracowani, zmęczeni, chorzy. Ostatnio byłem w Zambii, gdzie spotkałem wspólnoty międzynarodowe - jezuici-misjonarze z Indii przyjeżdżają do Afryki ewangelizować. Podobnie jest z krajami Ameryki Łacińskiej, gdzie jest tyle powołań, że dzielą się z innymi krajami misyjnymi; także Indonezja, która była krajem misyjnym, dziś ma bardzo wielu jezuitów. Ostatnio o. generał podkreśla, abyśmy się otwarli na kontynent afrykański, który ciągle jeszcze potrzebuje naszych misjonarzy. Europa już ich nie może posyłać, bo ich nie ma, powołań jest mniej i zakon się starzeje.
Tylko patrzeć, jak misjonarze z krajów misyjnych zaczną przybywać do Europy.
Już w niektórych krajach jest sporo księży z Afryki i Azji. Rozmawiałem z prowincjałami z Hiszpanii, którzy mówią, że być może wkrótce będą musieli u nich pracować Hindusi... Wracając do obecnych priorytetów, jednym z nich jest praca w Chinach. Dotychczas jezuici mieli swoje struktury na Tajwanie, teraz wchodzą także do Chin kontynentalnych. Miasta, w których pracowali jezuici: Hongkong dawniej przynależący do Anglii i Makao - do Portugalii, zostały włączone do Chin i obecnie tworzy się tam jedna prowincja jezuicka.
Czy jezuici mogą tam pracować oficjalnie?
W tych miejscach, w których byli do tej pory - a byli w Hongkongu, w Makao i na Tajwanie - działają oficjalnie. Są obecni także na uniwersytetach, gdzie wykładają religioznawstwo, kulturoznawstwo, język angielski itd.
Czym różni się praca na misjach dzisiaj od prowadzonej dawniej?
Teraz nasze misje są bardziej międzynarodowe. Nie jest tak, że do danego kraju są posyłani jezuici z jednego kraju. Są takie misje, np. w Japonii, gdzie wspólnoty tworzą jezuici z całego świata. W Zambii, gdzie byłem, jest część Zambijczyków - kleryków, ale i księży. Są także misjonarze z Polski, z Irlandii, ze Stanów Zjednoczonych, z Indii, ze Słowenii. Nasze polskie prowincje były zawsze związane z Zambią. Niedługo po założeniu w 1905 roku misja w ówczesnej Rodezji Północnej została powierzona polskiej prowincji jezuitów. Później, gdy utworzono polską prowincję północną i południową, misjonarze byli wysyłani z obu. Ale był taki okres po wojnie, kiedy z Polski władze komunistyczne nie pozwalały posyłać misjonarzy. Przerwa trwała od roku 1945-1946. Wtedy to jeszcze na misje do Rodezji Półn. jeszcze pojechali Polacy - nie z Polski, lecz ci (m.in. obecny kard. Adam Kozłowiecki), którzy przeszli przez obozy koncentracyjne - Auschwitz, Dachau i później, po zakończeniu II wojny światowej przebywali za granicą. Ta przerwa trwała do końca lat 60. Dopiero wtedy została posłana grupa młodych jezuitów z Polski.
Czy nieoficjalnie jezuici nie wyjeżdżali na misje?
Nie było takiej możliwości, nie otrzymywaliśmy paszportów i wiz. Choć zdarzały się małe "cuda": pod koniec lat pięćdziesiątych wyjechał do Japonii o. Tadeusz Obłąk, zresztą pracujący do dziś w Kraju kwitnącej wiśni. W 1968 roku duża grupa misjonarzy z Polski została posłana do Zambii. Wtedy, gdy nie mogli wyjeżdżać polscy misjonarze, o. generał prosił inne prowincje, by wysyłały swoich.
Ale dziś już misjonarze-jezuici z polskich prowincji rozjechali się po świecie?
Pracują jeszcze w Mozambiku, w Malawi, na Madagaskarze, w Egipcie, Syrii, wspomnieliśmy tu Chiny i Tajwan, w Japonii, w Brazylii, gdzie jest kilka prowincji jezuickich (najwięcej było Włochów, obecnie miejscowi jezuici przejmują odpowiedzialność za zakon). Po upadku komunizmu otwarliśmy się na kraje sąsiednie, jak to było na początku - na Ukrainę, Rosję, Rumunię. Jesteśmy też w Kazachstanie i w Kirgizji. W naszym duchu jezuickim jest też coś takiego, że idziemy tam, dokąd inni nie mogą albo nie chcą pójść - do najtrudniejszych warunków. A jeśli pracę, którą rozpoczęliśmy, mogą kontynuować inni, często ją zostawiamy i idziemy do innej.
Czy nie żal do najgorszych prac jezuitów, którzy są tak dobrze wykształceni?
Nie można najtrudniejszych prac nazwać "najgorszymi" - wręcz odwrotnie! W królestwie Bożym obowiązują inne kryteria. Otrzymujemy odpowiednią formację, bo nasze zaangażowanie wymaga również kompetencji, ale od początku uczymy się pewnej wolności i dyspozycyjności. Idziemy tam, gdzie jest potrzeba. Po upadku komunizmu, kiedy się otwarła Rosja, jezuici poszli aż do Nowosybirska na Syberię. Jest tam biskup jezuita Joseph Werth. Jego rodzice, wywodzący się z Niemców nadwołżańskich, byli deportowani przez Stalina do Kazachstanu. W Zambii widziałem wiele placówek założonych przez jezuitów - zazwyczaj budowali kościół, szkołę, szpital, a potem, po latach szli dalej. Przychodzili księża miejscowi, podejmowali pracę, a jezuici cieszyli się z tego, że dzieło, które zaczęli, będzie kontynuowane, ufając Chrystusowi i szukając Jego woli.
Rosja, Ukraina to polska specyfika?
Priorytetem są teraz Chiny. Choć Japonia też ciągle potrzebuje ludzi. Prowincje polskie starają się włączyć bardziej w misje całego zakonu. Do krajów sąsiednich poszli przede wszystkim jezuici z Polski, bo jesteśmy najbliżej językowo i kulturowo jako Słowianie, wychowani w tym samym systemie. Ale też powoli tamtejsze wspólnoty stają się coraz bardziej międzynarodowe. Niektórzy pochodzą z Rosji, ale też z innych krajów, z Indii, Belgii, czy z tak egzotycznych dla nas krajów, jak Meksyk, Chile czy Ekwador.
Spotkaliśmy jezuitów, będąc w Czechach.
W Czechach i na Słowacji jezuici przetrwali w podziemiu. Po 1968 r. zaczęli organizować tajne struktury formacji, zwłaszcza na Słowacji. Świetnie funkcjonował podziemny Instytut Teologiczny św. Alojzego. Nigdy komunistyczna służba bezpieczeństwa nie wpadła na jego trop. Dzięki temu sporo młodych ludzi otrzymało święcenia kapłańskie i dziś są w pełni zaangażowani w pracę Kościoła. Niektórzy studiowali również w seminarium w Bratysławie i w Litomierzycach, choć nikt, ani biskup ani rodzice nie mogli wiedzieć, że są jezuitami.
Jakie są obecnie najtrudniejsze problemy w krajach misyjnych?
Jeśli chodzi o kraje sąsiednie, to wydawało się, że gdy upadnie komunizm, ludzie będą szukać Boga, otworzą się na Kościół. To jest tylko część prawdy. Niektórzy nie są aż tak otwarci, nie szukają Boga. To rodzi frustrację, rozczarowanie, że praca nie przynosi takich owoców, jakich by się oczekiwało. Przykładem pracy jezuitów niech będzie Rosja. Jezuici założyli uczelnię - Instytut Filozofii, Teologii i Historii św. Tomasza, by formować świeckich. W Nowosybirsku powstało Centrum Duchowości "Inigo", a także filia Instytutu moskiewskiego z doskonałą biblioteką, studio medialne służące dialogowi oraz nowicjat. Zwykła praca duszpasterska jest też potrzebna. Podobne jest zaangażowanie duszpasterskie na Ukrainie, w formację księży i sióstr zakonnych. W Afryce jest straszna bieda, z którą się nigdy nie spotykamy. Brak edukacji, choroby, jak AIDS - to wszystko się wiąże z potrzebą uświadamiania, kształcenia, szukania funduszy. Zawsze oprócz prac duszpasterskich chcemy żyć naszym charyzmatem: zaangażowaniem w sprawy społeczne, w edukację, formację inteligencji, prowadzenie szkół, uniwersytetów (chyba że się nie da, jak u nas w czasach komunistycznych), pisarstwo i pracę naukową.
Metody ewangelizacji zmieniły się.
Wśród misjonarzy jezuickich był też czas nieuwzględniania religijności i kultury ludzi, których się ewangelizowało. Obecnie głosząc Chrystusa, uwzględniamy rzeczywistość, w której się znajdujemy. Chodzi o to, żeby Europejczyk nie narzucał swoich postaw kulturowych ludziom w krajach misyjnych. Prekursorem nowoczesnej inkulturacji jest o. Matteo Ricci, który przywdział strój mandaryna i opracował chińską liturgię. Staramy się więc wykorzystać to, co dobre w danej kulturze, ale zarazem zmieniać pewne postawy. Np. w Zambii zauważyłem zmiany w podejściu do działalności misyjnej. 100 lat temu jezuici może narzucali m.in. polskie zwyczaje. Spotkałem siostrę, która śpiewała Godzinki - zambijskie słowa na melodię polską. Można też w Zambii usłyszeć polskie kolędy. Może nie doceniano tamtejszego sposobu wyrażania wiary. Byłem na liturgii dziękczynnej w Chikuni - trwała 5 godzin, było kilka kazań, ludzie modlili się, dziękowali, śpiewając i tańcząc. Jakie stosować metody ewangelizacji? Jak zmieniać świat? Przede wszystkim ewangelicznie, dobrocią i miłością. Myśląc o dialogu, czy kontaktach z innymi religiami, trzeba podchodzić do ludzi z otwartością, życzliwością, tolerancją, akceptacją. Wcześniej czy później to przyniesie owoce. Najpierw rzucamy ziarno, dopiero później wyrasta wielkie drzewo.
Zakon jezuicki ma wybitnych biskupów.
Jezuici składają ślub, że nie będą przyjmować żadnej godności kościelnej. Mamy jednak w świecie około 90 biskupów. Jak to możliwe? Najczęściej są to stolice biskupie w krajach biednych, gdzie inni nie mogli lub nie chcieli pójść. Najbardziej znanym, zresztą jedynym polskim biskupem jezuickim jest kard. Adam Kozłowiecki, były więzień Auschwitz i Dachau. (Gdy wspomina obozy koncentracyjne, w których przesiedział 6 lat, mówi że niejaki pan Adolf Hitler jakoś go nie lubił, ale zapewnił mu sześć bezpłatnych lat wakacji w obozie, żeby mu nie przeszkadzał w wojnie... Może na ten temat żartować, jest wielkim przyjacielem Niemców, zawsze pełen radości i optymizmu). Po wyjściu z obozu pojechał do Rzymu i został posłany jako misjonarz do Zambii. W 1955 roku został biskupem Lusaki, później pierwszym arcybiskupem metropolitą stolicy Zambii. W tym roku obchodził 50-lecie sakry biskupiej. Stworzył struktury tamtejszej diecezji. Przez Ojca Świętego Jana Pawła II został mianowany kardynałem. Napisał wtedy list do Papieża, że jezuici nauczyli go, jak być księdzem, ale nie nauczyli, jak być kardynałem… Po Soborze Watykańskim II, w wieku zaledwie 58 lat, a więc wiele lat przed emeryturą, doszedł do przekonania, że jako biały misjonarz powinien zrezygnować ze stolicy biskupiej na rzecz miejscowego kapłana. Nie udał mu się następca - został nim znany szeroko w świecie abp Emanuel Milingo. Abp Kozłowiecki wycofał się do parafii w buszu, gdzie pracuje już od 36 lat, pomagając księdzu proboszczowi. Jest jedynym na świecie kardynałem i jednocześnie wikarym w parafii! Kiedy został mianowany kardynałem, jezuici chcieli go przyjąć do wspólnoty w Lusace - nie zgodził się. Ma 94 lata. Mieszka w parafii, gdzie 2-3 lata temu doprowadzono prąd elektryczny do kościoła. Pracuje razem z proboszczem, ks. Janem Krzysztoniem, pochodzącym z archidiecezji lubelskiej. Kard. Kozłowiecki to wzór biskupa ubogiego, bez reszty oddanego ludowi afrykańskiemu. Kilka miesięcy temu otrzymał doktorat honoris causa w Nairobi.
Mówimy o dalekich krajach, ale ewangelizacji wymaga sama współczesna Europa. Jakie metody ewangelizacji, zdaniem Ojca, byłyby skuteczne?
Laicyzacja to poważny problem, przed którym stoi Kościół w Europie. Niektóre europejskie prowincje jezuitów (w Hiszpanii, Irlandii) także przeżywają kryzys i spadek powołań. Ale powoli to się zmienia. W niektórych krajach, na przykład we Francji i Włoszech, następuje ożywienie wiary, ludzie poszukują Boga i powołań jest coraz więcej. We Włoszech pamiętam lata 70., kiedy nowicjat był pusty, teraz jest tam ponad 20 kleryków. W Europie ściśle ze sobą współpracujemy na płaszczyźnie przełożonych, ale i w zakresie formacji młodych jezuitów w europejskich ośrodkach formacyjnych. Patrzymy na Europę całościowo i myślimy o dziełach, które będziemy razem prowadzić. Będziemy się też wymieniać - z krajów, które mają więcej powołań, posyłać będziemy jezuitów tam, gdzie istnieje potrzeba. Mamy także wspólnoty międzynarodowe, w Niemczech czy w Belgii. To są sposoby na to, by stawić czoło sekularyzacji, ale także na to, żebyśmy jako jezuici, prowadząc pewne dzieła, uniwersytety, szkoły czy wydawnictwa, mogli sobie nawzajem pomagać. Jezuita wstępuje nie do prowincji, lecz do Towarzystwa Jezusowego.
Ważnym wyzwaniem dla Europy jest islam. Czy jezuici włączają się w dialog z islamem?
W krajach, gdzie katolicy są mniejszością, ten dialog jest naturalny. Jeśli chodzi o Europę, przy o. generale jest przedstawiciel ds. kontaktów międzyreligijnych, także z islamem. Czy dialog z islamem jest możliwy? Spotkałem misjonarzy w krajach arabskich, którzy mówili, że boją się ewangelizować Arabów, wiedząc, jakie konsekwencje ma nawrócenie dla osoby ewangelizowanej i ewangelizującej. Ze strony Kościoła i jezuitów jest otwartość na dialog, ale nie ma jej ze strony muzułmanów. Zatem dialog będzie zależeć od tego, na ile otworzą się muzułmanie przyjęci przez Europę. Jezuici podejmują w Europie i w innych częściach świata posługę na rzecz uchodźców, zakrojoną na szeroką skalę (tzw. Jesuit Refugee Sernice). W ośrodkach dla uchodźców nie pytają, kto jest chrześcijaninem, a kto muzułmaninem. Pomagają załatwić dokumenty, uregulować sprawy prawne, szukają noclegów, uczą języka, świadczą pomoc materialną. Jest to działanie w imię sprawiedliwości, ale też okazja do dialogu, w którym mówimy ludziom: nie jest ważne to, jakiej jesteś rasy, jaką religię wyznajesz. Jesteś człowiekiem, dzieckiem jednego Boga. Pomagam ci, bo tak mnie uczy moja wiara. Ponadto prowadzimy refleksję naukową nad islamem. W dialog międzyreligijny, również z islamem, poważnie zaangażowany jest Papieski Uniwersytet Gregoriański, prowadzony przez jezuitów w Rzymie.
Dziękuję Ojcu Prowincjałowi za rozmowę.
Rozmawiała Ewa CzumakowKraków, październik 2005 Wywiad ukazał się w miesięczniku "Miejsca Święte", nr 12 (108) 2005
